***Miranda***
Wraz z Marie, poszłam na zakupy o które poprosił nas Jerry.
Cały czas zastanawiałam się nad tym, dlaczego Ashe, Lavi i Allen tak szybko
poszli.
- Martwisz się czymś? – Spytał nagle Marie. Trochę się
wystraszyłam.
- A… Nie, tylko myślę nad tą ucieczką Ashe… - Uśmiechnęłam
się zakłopotana.
- Może musiała jeszcze coś zrobić?
- Może… Ale Lavi’ego i Allen’a pchała jak najmocniej mogła.
- Nie przejmuj się. Nikt nigdy do końca nie zrozumiał i nie
zrozumie Ashe.
- Może masz rację… - Znów się uśmiechnęłam i dalszą drogą
rozmawialiśmy o wszystkim i niczym. Kiedy doszliśmy do sklepu i zrobiliśmy
potrzebne zakupy, zaczęliśmy powoli wracać do Zakonu.
W połowie drogi… Wywaliłam się!
- Ach, przepraszam, Marie!
- Nic się nie stało, przecież zakupy da się pozbierać. –
Uśmiechnął się.
- Przepraszam! Przepraszam! – Byłam bliska płaczu.
Siedziałam na kolanach i miałam twarz zakrytą dłońmi. W pewnym momencie Marie
położył rękę na moich plecach i mnie głaskał.
***Ashe***
Razem z Królikiem i Allen’em, staliśmy za drzewem i
obserwowaliśmy.
- No już! Przytul ją! – Powiedziałam na tyle cicho, żeby
Miranda i Marie mnie nie usłyszeli, ale towarzysze tak.
- Tobie się chyba serio nudzi… - Odezwał się Królik.
- Zamknij się, zającu.
- Zając? To już nie jestem królikiem?
- I to ma długie uszy, i to ma długie uszy, więc ja różnicy
nie widzę.
- Ale jedno jest udomowione, a drugie nie.
- No, a ty jesteś w połowie taki i, w połowie taki, więc
jesteś zarówno królikiem jak i zającem.
- A ty mendą.
- Zające głosu nie mają, więc siedź cicho.
- Mendy też.
- Uspokójcie się! – W końcu wkurzył się Allen. – Przez was
straciliśmy Mirandę i Marie z oczu!
- To jego wina!
- Moja?! To TY zaczęłaś, nie ja!
- Ale to ty kontynuowałeś!
- Zachowujecie się jak dzieci… - Westchnął Allen.
- A ty niby z Kandą jesteście lepsi? – Popatrzyłam na niego
wrogo.
- Ale to co innego!
- Nie, to dokładnie to samo. – Wtrącił się Królik.
Potem już tylko Królik i Allen zaczęli się kłócić, a ja
patrzyłam na boki. Pełno ludzi się koło nas zebrało, ale chyba wszyscy się bali
podejść i nas rozdzielić. Nie dziwię się, wokół Allen’a i Królika była ciemna
aura wściekłości.
- Ej! Dobra, spokój! Ludzie się na nas gapią… - Na te słowa
na chwilę poprzestali się kłócić i rozejrzeli dookoła. – Wracajmy do Zakonu.
Oni kiwnęli tylko głowami i ruszyliśmy w drogę powrotną.
Szkoda, że nie udało się do końca obserwować poczynań Mirandy i Marie, ale było
blisko. W czasie marszu, pogodziliśmy się.
- Więc co robimy dalej? – Spytał Lavi.
- Hm… Zobaczymy, na razie nie mam pomysłu. Ale na pewno ich
zeswatam! – W tym momencie wpadłam na Generała Tiedoll’a i Kandę.
- Ohayo Kanda, Dzień dobry Generale. – Zaczął Allen.
- Co ty knujesz? Kogo chcesz zeswatać? – Na twarzy Kandy
malowało się zdenerwowanie.
- Nie twój interes, Kanda. – Odpowiedział za mnie Allen.
Znowu się zaczyna.
- Nie ciebie pytam, moyashi[1].
- Mam na imię Allen, baka Kanda[2].
- Oi[3],
uspokójcie się. – Wtrącił się Lavi.
- Zamknij się, bo utnę ci łeb! – Krzyknęli jednocześnie.
- Generale Tiedoll, niech pan coś zrobi! – Zwróciłam się do
Generała i jednocześnie mistrza Kandy.
- Wybacz, ale nawet ja nie mogę nic zrobić.
- Dobra, więc już nie żyją. – Powiedziałam i stanęłam między
Kandą i Allen’em. – Uspokójcie się wreszcie! Kanda, ile ty masz lat? Jesteś
starszy od Allen’a, powinieneś dawać mu przykład. Allen, jeszcze niedawno
wkurzyłeś się na mnie i Lavi’ego, że zachowujemy się jak dzieci, a teraz sam
nie jesteś lepszy. Więc oboje z łaski swej, zamknijcie się.
- Tsk. – Oboje na mnie syknęli (jak zawsze), ale
zrezygnowali z kłótni.
- Kogo chcesz zeswatać, Ashe? – Spytał Generał.
- E… A może o tym zapomnimy? – Uśmiechnęłam się blado.
- Tchórz. – Powiedział Kanda.
- Urusai, bakayaro[4].
- Co żeś powiedziała?
- Głuchy jesteś? A nie, czekaj, przepraszam, zapomniałam, że
twój mózg myśli powoli. – Na te słowa wyjął Mugen’a.
- Odszczekaj to. – Przyłożył mi katanę do szyi.
- Myślisz, że się ciebie wystraszę? Ja nie Lavi, Allen,
Lenalee, ani żaden inny z Zakonu.
- Oi… - Zaczęli wszyscy.
- Zamknąć się! – Krzyknęliśmy oboje, a potem popatrzyliśmy
na siebie z mordem w oczach.
- A mnie karci, za kłótnie z Kandą. – Powiedział Allen.
***Allen***
Ashe i Kanda zaciekle się kłócili i nawet Generał ich nie
rozdzielił. Ja i Lavi się baliśmy się tej dwójki demonów, a Generał nie
potrafił.
W pewnym momencie usłyszeliśmy golema Generała.
- O co chodzi, Komui? – Spytał Generał Tiedoll.
- Są z tobą, Kanda, Ashe, Allen i Lavi, Generale?
- Tak.
- To dobrze. Wysyłamy was do walki z Akumami. Dołączą do was
również Marie i Miranda.
- Komui. – Zacząłem. – Ale mamy pewien problem. Ashe i Kanda
się kłócą i nie umiemy ich rozdzielić.
- To nie moja sprawa. Sami to załatwiajcie. Wkrótce przyjdą
do was Miranda i Marie i powiedzą, gdzie macie ruszać.
- Hai[5].
– Krzyknęliśmy wszyscy.


